Alibi - Peter Shordney.pdf

(1119 KB) Pobierz
1272816434.001.png
1272816434.002.png
Rozdział I
1.
Firanka w weneckim oknie poruszyła się bezszelestnie.
Czyjś cień cicho wśliznął się do pogrążonego w półmroku ga-
binetu i zatrzymał za siedzącą w fotelu postacią.
Mężczyzna zdawał się drzemać w świetle dogasającego w ko-
minku ognia. Wpatrzony w żar paleniska, tkwił pochylony w
nie- poruszonej zadumie, spoglądając niewidzącym wzrokiem
w przestrzeń przed sobą.
Na zewnątrz panowała nieprzenikniona ciemność. Mimo to
nie towarzyszyła jej cisza nocy. Od czasu do czasu z ogrodu
dobiegały przytłumione odgłosy zabawy, przerywane raz po raz
dźwiękami przypominającymi pyknięcie otwieranej butelki
szampana lub przekłuwanego balonika. Wtórował im śmiech i
wzajemne przekrzykiwanie.
Wszystkie dźwięki jakby zatrzymywały się na progu gabinetu,
którego dywan dodatkowo jeszcze wyciszał stąpanie intruza.
Cień za plecami mężczyzny w fotelu poruszył się i jakby
nasłuchując, zbliżył do oparcia. W bladej poświacie kominka
zamigotał refleks oksydowanej lufy damskiego pistoletu.
Błysnął płomyk wystrzału.
Mężczyzna w fotelu pochylił się jeszcze bardziej, zapadając w
najgłębszą z możliwych zadumę.
Firanka znowu poruszyła się na wietrze.
Kolejny balonik został przekłuty. Nikt jednak tym razem się
nie śmiał. Zabawa nie miała prawa wstępu go gabinetu pana
domu.
Wkrótce potem odkryto zwłoki.
Wielki Robert Plath, mój mąż, nie żył. Uszło z niego całe po-
wietrze. Skurczył się za swoim biurkiem do rozmiarów
przeszłości, którą zamierzałam pochować wraz z nim.
Poczułam ulgę.
Teraz więc tylko tyle chcę wam powiedzieć, że gdy kobieta
pragnie zabić swojego męża, nie musi tłumaczyć się z motywu.
A ten jest oczywisty. Zawsze będzie to obrona własna; akt
wyższej konieczności, desperacka próba zachowania godności
w obliczu nieszczęśliwego życia, które powinno przynajmniej
skończyć się szczęśliwą śmiercią. Podobnie zresztą bywa, gdy
kobieta pragnie zabić nie swojego męża.
Nie pamiętam jednak, kiedy postanowiłam zabić Roberta.
Tym bardziej nie pamiętam, kiedy postanowiłam to po raz
pierwszy. Nawet nie wiem, kiedy tak naprawdę po raz ostatni.
Nazywał mnie Kopciuszkiem. I to była prawda. Chociaż z
pewnością nie cała, gdyż moje stopy miały prawidłowy rozmiar
i nie stwarzały kłopotów z dobraniem do nich odpowiedniego
obuwia.
Byłam zatem nie całym Kopciuszkiem, ale fakt faktem, że
wierzyłam w bajki. Znaczyło to mniej więcej tyle, że wierzyłam
też w księcia z bajki, a ściślej mówiąc - uwierzyłam mu, gdy się
już pojawił. Bajka nosiła tytuł Robert Plath.
Książę nie był ani specjalnie młody, ani przystojny, ani nawet
bogaty. Był za to zdrowy i pochodził z miasta, a to dla wiejskiej
dziewczyny zawsze się liczy i będzie liczyło, bo wiejska
dziewczyna rzadko liczy na siebie. W dodatku książę był pełen
kompleksów i osobiście nie wierzył w bajki.
Dlatego wszystko mu się pomyliło i przez dwadzieścia pięć lat
musiałam oddzielać groch od maku zamiast żyć długo i
szczęśliwie. Tymczasem książę mnożył majątek, czyli
odreagowywał kompleksy i głupia, niewykształcona, ale
podziwiająca go żona była mu tak samo niezbędna, jak
inteligentne, wykształcone kochanki, o których podziw
zabiegał.
Pamiętam naszą pierwszą rozmowę. Było to na castingu na
statystkę do filmu.
Ktoś podszedł do mnie wtedy (to był właśnie on) i zapytał, co
tu robię (głupie pytanie, dobrze wiedział, co tam robiłam). Od-
powiedziałam (głupie pytanie, głupia odpowiedź), że biorę
udział w castingu.
Wtedy on zapytał: - W castingu na co?
- W castingu na statystkę do filmu - odparłam.
- Przecież już jesteś statystkę - zauważył.
Nie zrozumiałam.
Dostrzegł to i wyjaśnił.
- Jeżeli jesteś anonimowym przechodniem z ulicy, to
dlaczego pragniesz otrzymać rolę anonimowego przechodnia z
ulicy? Przecież już i tak ją grasz...
To było dla mnie rzeczywiście coś nowego. Fakt, nie zostaje
się gwiazdą ekranu grając na nim świeczkę.
Wiem, nie wypada źle mówić o zmarłych, ale przecież jeśli
ktoś kogoś w końcu postanawia zabić, to nie dlatego, że dobrze
o nim myślał.
Tego wieczoru jednak nie mogłam mieć pojęcia, że nie byłam
w tym zamiarze osamotniona. Cóż zresztą miałam myśleć o Ro-
bercie, nie myśląc przy tym o Geraldine Osborn i Mary
Bedford... (Widzisz Robercie, udało mi się stworzyć pytanie bez
uciekania się do pytajnika, zatem mój styl się poprawia. Co
prawda podparłam się wielokropkiem, ale zredukowanym do
przepisowych trzech kropek, co samo w sobie też jest dowodem
stylistycznej bezradności, ale któż dałby tobie radę!).
Najpierw bowiem pojawiła się Geraldine w charakterze
sekretarki. Geraldine Osborn, długowłosa, tleniona blondynka
średniego wzrostu, usiłująca pod każdym względem
przypominać lilię wodną, co upodabniało ją do wodorostu, była
głupsza ode mnie, ale za to młodsza, miała dłuższe nogi,
dłuższe włosy, dłuższe rzęsy i dłuższe paznokcie, a także więcej
czasu ode mnie dla Roberta Platha. Za to wzrok miała krótszy
(w torebce nosiła wstydliwą tajemnicę – okulary).
Potem pojawiła się Mary. Mary Bedford mogłaby być z powo-
dzeniem kopią Geraldine, tyle że przepuszczoną przez
maszynkę do makaronu, następnie zaś niedokładnie
wysuszoną w rzadkim słońcu Chelsea. Wyższa od Geraldine, z
równie krzywymi jak zęby chudymi nogami o wystających
kolanach, niechlujna i rozedrgana, prawdopodobnie idealnie
nadawała się na idolkę pokolenia fast foodów, zapijanych coca-
Zgłoś jeśli naruszono regulamin