50 najlepszych westernów wszech czasów
Zapraszamy do kolejnego wielkiego rankingu! Tym razem wzięliśmy na tapetę… nie, tym razem wzięliśmy na siodło western – jeden z najbardziej klasycznych gatunków filmowych, który może ma czasy świetności za sobą (choć nie wiadomo co zrobi z nim wkrótce Tarantino), ale nadal ma rzesze wielbicieli, choćby tych pamiętających jak za czasów PRL-u przez cały tydzień czekało się na obowiązkowy sobotni western. Zobaczcie pięćdziesiątkę najlepszych.
Wstąp do Klubu Esensji - czytaj, co możesz otrzymać
W przypadku westernu określenie gatunku wydaje się proste – Dziki Zachód, kowboje i Indianie, moja strzelba, mój kucyk i ja. Ograniczanie się do tych elementów wydaje się jednak niesłuszne, jako że elementy klasycznej opowieści z Pogranicza bywały już niejednokrotnie przeszczepiane na zupełnie inne tereny – do Australii, Mandżurii w stepy Kazachstanu, w Bieszczady i na Ziemie Odzyskane, a nawet… w kosmos (pamiętacie „Odległy ląd"?). Postanowiliśmy więc w naszym kolejnym rankingu spojrzeć na gatunek najszerzej jak tylko się da, nie ograniczać się do Dzikiego Zachodu, wybrać też najciekawsze filmy, które konwencję przenosiły z dobrym skutkiem na inne kontynenty. Co oczywiście nie oznacza, że zabraknie u nas klasycznych westernów – tych, w których John Wayne czy James Stewart stawali na straży sprawiedliwości, a Clint Eastwood jako bezimienny mściciel robił porządki w kolejnym mieście bezprawia. W naszej pięćdziesiątce będą więc klasyki, rozliczenia z klasykami, westerny i antywesterny, wariacje na temat gatunku – wszystko, co tylko zainspirowało się legendami o tym jak zdobywano Dziki Zachód.
Zaczynamy od miejsca 50. Nie musimy chyba dodawać, że to nie jest to lista objawiona, ale jedynie nasz wybór, który niekoniecznie musi się pokrywać z Waszymi odczuciami. Tym niemniej chętnie zapoznamy się z Waszym zdaniem.
50. 3:10 do Yumy (2007, "3:10 to Yuma", reż. James Mangold)
W nowej wersji „3:10 do Yumy” nie ma może niczego rewolucyjnego dla samego gatunku, nie ma łamania konwencji, jest natomiast jej powielenie z wszystkimi jej niezaprzeczalnymi atutami. Bowiem „3:10” to przede wszystkim świetnie zrobiony film od strony realizacyjnej: tempo i napięcie od początku do końca, pomysłowe sekwencje ataku na dyliżans i finałowej strzelaniny, dobre zdjęcie, reżyseria bez zarzutu. Do tego mamy tu wiarygodne (co wcale nie jest łatwe przy tak karkołomnej wolcie głównego bohatera, zaczerpniętej z pierwowzoru) psychologicznie postacie oraz solidne umotywowanie postępowania Evansa/Bale’a, które powinno trafić do każdego szanującego się mężczyzny. Pierwszorzędna, najlepsza od czasów „Pięknego umysłu” rola Russela Crowe’a (pomyśleć, że ktoś mógł myśleć wcześniej o Tomie Cruise′ie w roli Wade’a). Na deser najwyższy chyba westernowy body count od bardzo dawna (zgrubnie naliczyć można około 40 trupów). Może i western to dziś martwy gatunek, ale jeśli będzie nam regularnie dostarczał tak dobrych rozrywkowych filmów jak remake „3:10 do Yumy”, to niech sobie nie żyje zdrowo jeszcze przez wiele lat.
Konrad Wągrowski
49. Mściciel z Laramie (1955, "The Man From Laramie", reż. Anthony Mann)
„Mściciel z Laramie” to ostatni wspólny westernowy projekt duetu Anthony Mann (reżyseria) i James Stewart (główna rola) – wcześniej ta para zapewniła 4 klasyczne opowieści z Dzikiego Zachodu („Winchester ′73”, „Zasadzka nad rzeką”, „Naga ostroga” i „Daleki kraj”) – można więc stwierdzić, że tych dwóch panów stworzyło kawał historii gatunku. „Mściciel z Laramie” to z jednej strony dzieło typowe dla gatunku w tamtych czasach z z wszystkimi zaletami i wadami owej typowości. Do zalet należy zaliczyć z pewnością precyzję scenariusza opartego na koncepcji wkraczającego w pewne środowisko obcego, którego motywy nie są z początku oczywiste (choć polski tytuł nieco za bardzo je przybliża), wyrazista kreacja głównego bohatera i piękne zdjęcia autentycznych plenerów Nowego Meksyku. Do wad – sztampowe przedstawienie Indian jako standardowego zagrożenia. Ale „Mściciel z Laramie” swą pozycję buduje jednak przede wszystkim złożonością psychologiczną – mamy tu analizę rozpadu rodziny, film pokazuje wyraźną symetrię między bohaterem i łotrem, ale przede wszystkim dlatego, że nie wszyscy bohaterowie okazują się tu tacy, jacy wydają się na początku.
48. Dobry, zły i zakręcony (2008, "Joheunnom nabbeunnom isanghannom", reż. Jee-woon Kim)
Koreański reżyser Kim Ji-woon zawsze lubił próbować swych sił w różnych gatunkach filmowych. Zaczynał od komedii (czarnej lub satyrycznej) później próbował horroru, sensacyjnego thrillera, by wreszcie sięgnąć po… western. Western nie do końca typowy, bo toczący się w Mandżurii w latach 30. XX wieku. Western, w którego scenografii dominują chińskie lampiony. Western, w którym bohaterowie nie chodzą w dżinsach i kapeluszach, lecz zakładają kożuszki i futrzane czapy, bądź eleganckie garnitury. Jednak mimo tego wszystkiego „Dobry, zły i zakręcony” prezentuje wszelkie cechy gatunku w jego najbardziej klasycznej formie. Czarne charaktery i szlachetni (no, w miarę) rewolwerowcy, miasto bezprawia, pustynia zamiast prerii, efektowne strzelaniny i pojedynki. Brakuje tylko przepędu bydła, ale nie można mieć wszystkiego. O ile we wcześniejszych filmach Kim Ji-woona można doszukiwać się głębszych treści, to „Dobry, zły i zakręcony” jest historią czysto rozrywkową o wyjątkowo prostej fabule i sympatycznym nawiązaniom do klasyki westernu spod znaku Sergio Leone. Ale za to zabawa jest naprawdę przednia. Liczne sceny akcji, pościgów, strzelanin, pojedynków w różnorodnej scenerii, mnóstwo niezłego humoru. Piękne scenerie pustynne, kolorowe i zróżnicowane scenografie, fantazyjne kostiumy, ładne zdjęcia – wszystko to pozwala na czysto estetyczną radość z oglądania tego filmu.
47. Propozycja (2005, "The Proposition", reż. John Hillcoat)
Australijska „Propozycja” to z kilku względów bardzo interesujące spojrzenie na western. Przeszczepienie gatunku na kolejny kontynent udaje się nad wyraz dobrze – australijskie pustynie przypominają przecież bezdroża Nowego Meksyku i Arizony, puste przestrzenie to doskonała sceneria na klasyczną opowieść o Pograniczu, w której mamy farmerów walczących z naturą, bandytów ze skrupułami i bez, stróżów prawa, których wiele od owych bandytów nie różni, Aborygeni natomiast mogą spokojnie wystąpić w roli Indian. Jednocześnie jednak „Propozycja” nie jest prostym powieleniem westernowego schematu. Po pierwsze – film jest oparty na scenariuszu słynnego pieśniarza Nicka Cave′a, co nadaje mu ton balladowej opowieści i specyficzny klimat. Po drugie – to jednak Australia i to widać – jest tu bardziej gorąco niż w Ameryce, wszystko jest bardziej lepkie i brudniejsze, co stanowi ładną przenośnię dotyczącą ludzkich charakterów. Po trzecie wreszcie – od czasów Petera Weira nie da się pokazywać australijskiej przyrody i nie złapać pewnego nastroju tajemnicy i mistyki. Mamy więc brutalną gangsterską opowieść (z bardzo dobrymi rolami Guya Pearce′a, Davida Wenhama, Raya Winstone′a i Johna Hurta) w klimacie „Pikniku pod Wiszącą Skałą”, opowiadaną w rytm ballady Nicka Cave′a. A poza tym John Hurt po raz kolejny tak pięknie umiera na ekranie…
46. El Dorado (1966, reż. Howard Hawks)
„El Dorado” zapewne nie jest najbardziej zapadającym w pamięć westernem z dzieł Howarda Hawksa (lepiej rozpoznawalne są „Rzeka Czerwona” i „Rio Bravo”), co nie znaczy, że nie dostarcza solidnej westernowej rozrywki w klasycznej fabule. John Wayne gra najemnego rewolwerowca, który, widząc niecne zamiary swego potencjalnego pracodawcy, porzuca go, angażując się po stronie farmerskiej rodziny McDonaldów i swego przyjaciela, zapijaczonego szeryfa (w tej roli Robert Mitchum). „El Dorado” nie bez kozery nazywane jest remake′iem „Rio Bravo” (choć w lżejszym, nieco komediowym tonie) – tu także mamy małą grupę sprawiedliwych stawiających czoło całej bandzie, tu też każdy z owych sprawiedliwych ma jakis feler: Wayne, postrzelony przez dziewczynę, miewa ataki paraliżu, szeryf pije, a młody Mississippi (James Caan) jest fatalnym strzelcem i musi używać broni o wielkim rozrzucie. W porównaniu do bardziej znanego „Rio Bravo” niektóre role bohaterów zostały tylko zamienione, cały szkielet fabularny pozostaje bez zmian. Ale nadal mamy do czynienia z dynamicznym, klasycznym, dowcipnym i pomysłowym filmem z szeregiem znakomicie pomyślanych scen, pojedynków i zwrotów akcji.
45. Rio Grande (1950, reż. John Ford)
Pocztówka z Rio Grande albo western familijny. Kolejny mit Johna Forda, tym razem mający coś z rekrutacyjnej agitki, wychwalającej żywot kawaleryjski, choć nie kawalerski. Służba wojskowa to obowiązek młodego mężczyzny, a rodzina (w szczególności żona-matka) ma być podporą i wsparciem dla żołnierza. Jak w poprzednich filmach z cyklu, obraz kawalerii jest wyidealizowany – życie obozowe to czas głównie woltyżerskich i wokalnych popisów, podczas których wśród żołnierzy rodzi się poczucie solidarności i odpowiedzialności za swój kraj. Z drugiej strony, Ford nie ukrywa brutalnego żołnierskiego przeznaczenia, prezentując finałową walkę z Indianami (chyba nie trzeba dodawać, że zrealizowanej, mimo piętnastu dni zdjęciowych,z niezwykłym wyczuciem reżyserskiego rzemiosła), podczas której nie ma zbyt wiele okazji do błogich śpiewów. Ktoś powie, że ten film jest staroświecki, kto inny uzna, że zbyt naiwny. Rzeczywiście, po antywesternowej rewolucji niezwykle trudno zaakceptować taki wygładzony obraz amerykańskiego pogranicza. Jednak chciałbym, żeby chociaż jedno współczesne polskie widowisko historyczne umiało opowiedzieć analogicznie banalną opowieść z taką sprawnością i maestrią, jaką opanował Ford. Bez niezamierzonych wybuchów śmiechu na sali kinowej. Aktorzy mogą mieć nawet wąsy. John Wayne też tu miał.
Krystian Fred
44. Niesamowity jeździec (1985, "Pale Rider", reż. Clint Eastwood)
Gdyby zadać pytanie, co jest w „Niesamowitym jeźdźcu” Clinta Eastwooda takiego, czego nie widzieliśmy wcześniej w innych klasycznych westernach, odpowiedź brzmiałaby: „Nic!”. Scenariusz filmu powtarza bowiem niemal w stu procentach fabułę Oscarowego „Jeźdźca znikąd” (1953) George’a Stevensa, który powstał na podstawie – znanej również w Polsce – niezbyt obszernej powieści Jacka Schaefera „Shane” (1949). W klasyku Stevensa mieliśmy tajemniczego rewolwerowca Shane’a, który pojawia się znikąd, by stanąć w obronie farmerskiej rodziny Starrettów, terroryzowanej – podobnie jak inni okoliczni rolnicy – przez bandę zamożnego hodowcy bydła Rufusa Rykera. U Eastwooda rolę obrońcy uciśnionych poszukiwaczy złota pełni Kaznodzieja (grany przez samego reżysera), który w imię sprawiedliwości musi rozprawić się z bandziorami nasłanymi przez Coya LaHooda. Czym zyskuje przede wszystkim sympatię (ba! miłość) uroczej, nastoletniej Megan Weeler, córki Sarah, u której znalazł tymczasową przystań (w całkowicie pozbawionym podtekstów erotycznych „Jeźdźcu znikąd” fascynację Shane’em przeżywał młodziutki Joey Starrett). Co oba filmy różni? Siła oddziaływania! Shane Stevensa jest w porównaniu z Kaznodzieją Eastwooda mięczakiem, który na pewno nie poradziłby sobie z wynajętymi przez LaHooda płatnymi zabójcami. No tak, ale za Kaznodzieją stoi przecież sam Pan Bóg; Pale Rider (oryginalny tytuł filmu stanowi bezpośrednie nawiązanie do niosącego Śmierć czwartego jeźdźca Apokalipsy) jest ramieniem – i rewolwerem, chciałoby się dodać – Najwyższego. Zakończenie obrazu, przedstawiające głównego bohatera odjeżdżającego konno w siną dal i wołającą za nim Megan, należy do najbardziej wzruszających w filmografii Clinta; mocniej wyciskał łzy chyba tylko finał „Co się wydarzyło w Madison County”.
Sebastian Chosiński
43. Pojedynek w Corralu O.K. (1957, "Gunfight at the O.K. Corral", reż. John Sturges)
Legendarna strzelanina w O.K. Corral w interpretacji Johna Sturgesa. Rekonstrukcja pojedynku wypadła niezwykle zręcznie i, mimo upływu ponad 50 lat od premiery, nie straciła nic ze swojej atrakcyjności. Jednak z dzisiejszego punktu widzenia znacznie ciekawiej niż finałowa bitwa wypada obraz Dzikiego Zachodu jako świata wykreowanego przez mężczyzn i podporządkowanego męskiemu systemowi wartości. To, oczywiście, niesie za sobą zarówno pozytywne, jak i negatywne – choć bardziej spektakularne – konsekwencje. W tym patriarchalnym świecie to poczucie dumy i honoru jest głównym impulsem do działania. Nie doprowadza ono jednak do rozstrzygnięcia, lecz tylko napędza lawinę nieszczęść. Różnie rozumianą dumę reprezentują dwaj głowni bohaterowie: purytańsko praworządny Burt Lancaster (Wyatt Earp) i impulsywny hazardzista-stomatolog Kirk Douglas (Doc Holiday). Dla szeryfa honor łączy się ze sprawiedliwością, dla jego nieformalnego hulaszczego zastępcy – walka o godność może przyjąć każdą formę. Jednak z biegiem wydarzeń ich dotychczasowe postawy ulegną redefinicji. A gdzie na tym świecie są kobiety? Dobrowolnie podporządkowują się mężczyznom, nawet za cenę własnej godności. Chociaż aktorsko, Rhonda Fleming i Jo Van Fleet w niczym nie ustępują kolegom z planu.
42. Bezprawie (2003, "Open Range", reż. Kevin Costner)
Kevin Costner spłacił tym filmem wszystkie długi. Nakręcił najlepszy western od czasu Eastwooda, który z jednej strony stylistycznie odnosi się do „Bez przebaczenia”, a z drugiej sięga jednak daleko wstecz, poza całość antywesternowej wywrotowej ideologii i przypomina czym sam gatunek był w najlepszych czasach. Krótko mówiąc miesza najlepsze cechy antywesternu (krytykę romantycznego pojmowania mitologii granicy, demaskację kowbojów i rewolwerowców jako morderców) z najlepszymi cechami westernu (historiami o wolności, honorze i tym, że ′man′s gotta do what a man′s gotta do′). Wychodzi z tego historia o facecie, który wie, że jest mordercą, ale się tego wstydzi. I historia o pojedynku nie tyle dobra ze złem, co relatywistycznie pojmowanej prawości z nieprawością. Przy drobnych zmianach akcentów byłaby to katastrofa, ale niemal wszystko się udało, choćby dlatego, że Robert Duvall jest w stanie wiarygodnie sprzedawać takie banały. Czyli przy pełnej świadomości anachronizmu tego filmu, przyklaskuję temu, że przekonująco udało się w nim powiedzieć o rzeczach, które napisane na papierze wyglądają idiotycznie naiwnie. Perfekcyjna mieszanka romantyzmu Forda z krytycyzmem Eastwooda.
Michał Chaciński
41. Świat Dzikiego Zachodu (1973, "Westworld", reż. Michael Crichton)
Narodzona w umyśle Michaela Crichtona żeniaczka westernu z science-fiction dała zaskakująco ciekawy rezultat. Wybitny pisarz w swojej karierze wielokrotnie brał na tapetę amerykańskie uwielbienie do wesołych miasteczek i parków rozrywki, i brutalnie wywracał je do góry nogami. Wystarczy przypomnieć sobie „Linię czasu” i przede wszystkim „Park Jurajski” by wiedzieć co zaoferuje widzom fabuła „Świata Dzikiego Zachodu”. Tym razem w parku rozrywki Delos, za jedyne 1000 dolarów można naocznie liznąć odrobiny świata kowbojów: stoczyć rewolwerowy pojedynek w samo południe, sączyć whisky w prawdziwym saloonie, czy nawet zażyć seksualnych przyjemności z jedną z dam do towarzystwa. Oczywiście park – za sprawą komputerowego wirusa – wymyka się z pod kontroli, a androidy zaczynają walczyć na śmierć i życie z gośćmi parku. Crichton – tu także reżyser – zaserwował widzom dawkę rozrywki na przyzwoitym poziomie. Naiwność całej historii znika w tłumie sprytnie budowanego napięcia i pierwiastka grozy, umiejętnie podsycanej przez aktorski kunszt Yula Brynnera w roli śmiercionośnego androida. Przede wszystkim jednak „Świat Dzikiego Zachodu” dostarcza sprawnie wygrane emocje i pragnienia większości fanów westernowego gatunku, marzących o wcielenie się w rolę samotnych mścicieli i obrońców sprawiedliwości. Kto od dziecka chciał być kowbojem, dwa razy zastanowi się nad tym po obejrzeniu filmu.
Kamil Witek
40. Muły siostry Sary (1970, „Two Mules for Sister Sara”, reż. Don Siegel)
Clint Eastwood lubił pracować z Donem Siegelem. Nakręcili razem pięć obrazów: trzy sensacyjne („Blef Coogana”, 1968; „Brudny Harry”, 1971; „Ucieczka z Alcatraz”, 1979), jeden melodramat w kostiumie historycznym („Oszukany”, 1971) oraz jeden western – „Muły siostry Sary”. Pomysł filmu wyszedł od Budda Boettichera, jednego z najbardziej zasłużonych dla rozwoju gatunku reżyserów amerykańskich, który zdecydował się umieścić akcję w konkretnym kontekście historycznym. Lata 60. XIX wieku, po wojnie domowej w Meksyku do władzy dochodzi, popierany przez Amerykanów, przywódca liberałów Benito Juarez. Niestety, jego kraj nie jest w stanie spłacić zaciągniętych w poprzednich latach w państwach europejskich długów, co powoduje obcą interwencję, której motorem napędowym jest Francja cesarza Napoleona III. I to właśnie na tle wojny meksykańsko-francuskiej rozgrywa się akcja westernu Siegela. Eastwood gra w nim Hogana, samotnego wędrowca i rewolwerowca (inaczej przecież być nie mogło), który pewnego dnia ratuje z poważnej opresji nagą kobietę. Sara (w tej roli Shirley MacLaine) przedstawia mu się jako zakonnica, która podróżuje do Chihuahua; bojąc się kolejnych złych przygód, prosi go o pomoc, na co Hogan, skuszony pieniędzmi i trochę także urokiem osobistym siostrzyczki, przystaje. W czasie podróży okazuje się, że Sara współpracuje z rewolucjonistami meksykańskimi, do czego namawia zresztą również swojego ochroniarza. Film jest o tyle nietypowy, że obfituje w sceny, które autentycznie bawią, czym ewidentnie nawiązuje do wcześniejszych spaghetti westernów Sergia Leone z udziałem Eastwooda. Spore wrażenie pozostawiają też po sobie finałowa sekwencja walki o fort oraz muzyczny motyw przewodni skomponowany przez starego znajomego Clinta… Ennia Morricone.
39. Swój wśród obcych, obcy wśród swoich (1974, „Свой среди чужих, чужой среди своих”, reż. Nikita Michałkow)
Akcja zdecydowanej większości radzieckich easternów umiejscowiona jest w czasach wojny domowej, to jest w początkach lat 20. ubiegłego wieku, a jej motywem przewodnim jest walka o utrwalenie władzy „czerwonych”, której sprzeciwiają się bądź to białogwardziści, bądź – jak w Azji Środkowej – basmacze, bądź też zwykłe bandy przestępców i awanturników. Nie inaczej jest w przypadku pełnometrażowego debiutu reżyserskiego Nikity Michałkowa, który oparty został na napisanej przez niego – wespół z cenionym rosyjskim prozaikiem i scenarzystą Eduardem Wołodarskim – noweli „Czerwone złoto”. Obaj panowie nie ukrywali też, że bezpośrednią inspiracją do stworzenia tej książki była „lektura” klasycznego spaghetti westernu Sergia Leone „Dobry, zły i brzydki” (1966). Główną postacią filmu jest czekista Jegor Szyłow (gra go nieżyjący już i nieco zapomniany Jurij Bogatyriow) – zostaje on oskarżony przez swoich przełożonych o zdradę, w wyniku której należące już do nowej władzy, a zarekwirowane burżujom, złoto dostało się najpierw w ręce bandy byłych „białych” oficerów, a następnie zostało zagarnięte przez miejscowego watażkę, esauła Bryłowa (wcielił się w niego sam Michałkow). Zbrodnia Szyłowa jest tym straszniejsza, że za sprzedany na Zachodzie kruszec „czerwoni” planowali kupić żywność dla głodujących mieszkańców Powołża. Szyłow nie może oczywiście pozwolić na skalanie swego imienia, decyduje się więc przeniknąć do oddziału Bryłowa, aby odzyskać utraconą przesyłkę. „Swój wśród obcych, obcy wśród swoich” został nakręcony w zgodzie ze wszystkimi regułami gatunku – mamy tu więc widowiskowe sceny pościgów i strzelanin, mamy dylematy moralne i ostateczne zwycięstwo sprawiedliwości. Dodatkowym atutem filmu jest fantastyczna obsada; oprócz aktorów wspomnianych już wcześniej, na ekranie pojawiają się również takie tuzy, jak Siergiej Szakurow, Anatolij Sołonicyn i Aleksandr Kajdanowski.
38. Winchester ’73 (1950, reż. Anthony Mann)
Jedyna w swoim rodzaju perełka. Bohaterem opowieści nie jest żaden kowboj czy farmer, a tytułowy karabin, będący nagrodą w zorganizowanym w Dodge City konkursie strzeleckim. Konkurs wygrywa stateczny i bezbłędny Lin McAdam, ale nie dane jest mu nacieszyć się wygraną, ta bowiem zostaje skradziona przez ściganego przezeń od dłuższego czasu bandytę. Odtąd broń krąży z rąk do rąk, przynosząc swoim kolejnym właścicielom same nieszczęścia, zaś McAdam cierpliwie podąża jej tropem, bo czego jak czego, ale Winchestera model 1873 nie wypuszcza się z rąk. Film jest zrobiony nadzwyczaj porządnie i ma świetnie skonstruowaną akcję, a także jest doskonale zagrany. Nic w tym zresztą dziwnego, skoro McAdama zagrał James Stewart, rozpoczynając tym samym długoletnią przygodę z westernem i odbudowując pozycję nadszarpniętą niezbyt trafionymi występami w przeciętnych komediach romantycznych. „Winchester ’73” jest również godzien zapamiętania z tego powodu, że zapoczątkował w Hollywood tendencję odchodzenia od sztywnych aktorskich gaż na rzecz procentu od zysków, bowiem suma, której Stewart zażądał od Universalu za występ w filmie, przekraczała ówczesne możliwości finansowe borykającej się z poważnymi kłopotami wytwórni i podpisano umowę, na mocy której aktor miał otrzymać 50% zysku netto, obliczonego od kwoty przekraczającej dwukrotny koszt filmu. Dzięki temu zamiast 200 tysięcy dolarów Stewart zarobił 600 tysięcy, ponieważ „Winchester ’73” okazał się kasowym hitem. Który – tak już zupełnie na marginesie – przy okazji rozbudził w Amerykanach zamiłowanie do kolekcjonowania starej broni.
Jarosław Loretz
37. Ostatni Mohikanin (1992, „The Last of the Mohicans”, reż. Michael Mann)
Ten western to muzyka. Naprawdę. Czegoś tak niesamowitego, jak dzieła czwórki kompozytorów: Randy Edelmana, Trevora Jonesa, Daniela Lanoisa i Howarda Shore’a, nie ma w żadnym innym filmie tego gatunku. Liga sama dla siebie. Michael Mann, reżyser i producent, do spółki z Christopherem Crowem zaadaptowali powieść jednego z najwybitniejszych klasyków gatunku, Jamesa Fenimore’a Coopera, pod tym samym tytułem. Stworzyli wielkie, epickie dzieło przygodowe osadzone w epoce kolonizacji, jeszcze przed istnieniem Stanów Zjednoczonych, kiedy kontynent północnoamerykański był rozrywany walkami między Anglią i Francją, ogłaszającymi pobór wśród kolonistów i zawiązujących doraźne sojusze ze zwaśnionymi plemionami. W filmie jest wszystko co trzeba: wielkie uczucie, zdrada, zemsta, wojna, bohaterski wojownik, czerwone kurtki. Polowania na jelenie, pojedynki na skalistych zboczach gór, niezwykły świat Indian, ich praw, obyczajów i powikłanych ścieżek. Przepiękne krajobrazy. Świetna obsada. Efektowne sceny batalistyczne, zasadzki w lasach, oblężenie fortu, zmagania na wodospadzie. Krwawo, dziko. No i ta obłędna muzyka…
Marcin T.P Łuczyński
36. Czarny dzień w Black Rock (1955, „Bad Day at Black Rock”, reż. John Sturges)
Johnowi Sturgesowi, późniejszemu twórcy między innymi „Pojedynku w Corralu O.K.”, „Ostatniego pociągu z Gun Hill”, „Siedmiu wspaniałych” i „Wielkiej ucieczki”, udała się nie lada sztuka, splótł bowiem w jeden nierozerwalny węzeł intrygę godną najlepszego kina noir (zmowa milczenia kryjąca mroczną tajemnicę) z klasycznym, fabularnym szkieletem westernu (jedyny sprawiedliwy kontra przeżarta zepsuciem społeczność malutkiego, zapyziałego miasteczka). W efekcie wyszła opowieść gęsta i poruszająca, a jednocześnie i niezwykle potrzebna Ameryce tamtych lat, wciąż borykającej się z mocnymi przejawami rasizmu. Świetnie wypadł tutaj tak Spencer Tracy, wcielający się w rolę dochodzącego prawdy jednorękiego weterana wojennego, jak i odgrywający jego oponentów m.in. Ernest Borgnine czy Lee Marvin. Co więcej, film był jedną z wcześniejszych produkcji zrealizowanych w nowatorskim systemie CinemaScope, pozwalającym w sposób prosty i tani kręcić filmy panoramiczne, co przyczyniło się do ich triumfalnego marszu przez cały świat.
35. Ostatni pociąg z Gun Hill (1959, „Last Train from Gun Hill”, reż. John Sturges)
Kolejna westernowa wariacja na temat szeryf contra reszta świata. O tyle jednak interesująca, że jej uczestnicy są obciążeni i obwiązani siecią tylu wzajemnych współzależności – rodzinnych, finansowych, miłosnych, partnerskich – które zdecydowanie wykluczają proste rozwiązanie konfliktu. Szeryf Matt Morgan (Kirk Douglas) przybywa do miasteczka Gun Hill w poszukiwaniu gwałciciela i mordercy swojej indiańskiej żony. Zabójcą okazuje się syn jego najlepszego przyjaciela Craiga Beldena (Anthony Quinn). Tak więc przeciwnikiem głównego bohatera staje się nie zwykły bandzior, a dawny kompan i, przede wszystkim, ojciec stojący w obronie własnego dziecka. Sprawę komplikuje jeszcze to, że Morgan próbuje egzekwować prawo na terenie rządzonym przez Beldena, przez co nie może liczyć na niczyją pomoc (co prawda do czasu), nawet miejscowego szeryfa, tylko pozornie reprezentującego ten sam kodeks, co główny bohater. Z dzisiejszego punktu widzenia szczególnie interesującym wydaje się przedstawienie problemu Indian. Zabójstwo czerwonoskórej według części mieszkańców Gun Hill nie jest przestępstwem, a jeśli nawet, to nie porównywalnym w przypadku, gdyby spotkało białą kobietę. Za to Morgan chce rozwiązać sprawę Ricka jak biały człowiek: poprzez usankcjonowaną prawem karę śmierci, a nie jak Indianie poprzez osobiste wymierzenie kary w postaci zadania powolnej i okrutnej śmierci. Obywatele Gun Hill uznają swoją wyższość nad Indianami ze względów rasowych, Morgan – cywilizacyjnych. Film Sturgesa to centralne, nieco ambiwalentne ogniwo w ewolucji obrazu Indian w westernie, wyrażające się w akceptacji, ale w niepełnym poważaniu tubylczych plemion Ameryki.
34. Truposz (1995, „Dead Man”, reż. Jim Jarmush)
Jim Jarmusch nie jest pierwszym reżyserem, który przychodzi na myśl w rozważaniach o westernach i jego podejście do gatunku jest zdecydowanie niekonwencjonalne. Amerykański krytyk Jonathan Rosenbaum nazwał film Jarmuscha „acid westernem”, m.in. w związku z jego rewizjonistycznymi motywami – „Truposz” kontynuuje artystyczne i polityczne dziedzictwo kontrkultury lat 60-tych. W przeciwieństwie do tradycyjnych przedstawicieli gatunku, w „acid westernach” droga nie prowadzi do wolności, ale do śmierci, a społeczeństwo staje się w nich autodestruktywne i wynaturzone. Wizja, jaką roztacza przed widzami reżyser jest również wysoce psychodeliczna, co podkreśla nawiedzony, improwizowany soundtrack Neila Younga i poetyckie, czarno-białe zdjęcia. Ponadto „rzeczywistość” filmu zaludniają interesujące indywidua – Johnny Depp jako reinkarnacja poety Williama Blake’a, Indianin Nobody (Gary Farmer), czy zabójca Cole Wilson (Lance Henriksen). Dzieło Jarmuscha z pewnością nie jest dla wszystkich, ale jeśli ktoś znajduje się w podzbiorze miłośników twórczości tego reżysera i westernów jednocześnie, to „Truposz” będzie fascynującym i nietypowym doświadczeniem.
Karol Kućmierz
33. Mały wielki człowiek (1970, „Little Big Man”, reż. Arthur Penn)
Epopeja groteską podszyta. Dustin Hoffman jako wychowany przez Indian biały, nazwany Małym Wielkim Człowiekiem, który w zależności od sytuacji trafia raz do obozu Amerykanów, raz do wioski Czejenów. Właśnie ten dualizm kulturowy stał się podstawą do zarysowania portretu dwóch odmiennych światów. Subiektywna narracja powoduje, że każda z kultur jest przejaskrawiona, a mentalne różnice wyolbrzymione. I chociaż przedstawienie typowej małomiasteczkowej społeczności – z jej pozornym purytanizmem (doskonała Faye Dunaway jako niezaspokojona seksualnie żona pastora), bigoterią i kultem rewolwerowca – jest karykaturalne i przy tym niezwykle komicznie, to kwestie polityczne i demitologizujące – w szczególności eksterminacja Indian – przypominają swoją brutalnością i naturalizmem sztandarowe dzieło Panne’a „Bonnie i Clyde”. Nic dziwnego, że obraz walki amerykańskiej kawalerii z Indianami często był odwoływany do wojny w Wietnamie, i z pewnością nie tylko dla tego, że zarówno w filmie, jak i na Półwyspie Indochińskim bito czerwonych. Zgodnie z coraz wyraźniejszym ruchem kontestatorskim, szala sympatii przesuwa się w stronę Indian, których uosobieniem jest ich wódz (nominowany do Oscara Chief Dan George) – ostoja spokoju i poszanowania, którego poglądy, nawet jeśli z punktu widzenia białego kuriozalne czy też naiwne, są wzorem dla pokojowego i harmonijnego współżycia tubylców i kolonizatorów. Zresztą Indianie to mikrokosmos wszelkich mniejszości społeczeństwa amerykańskiego, łącznie z homoseksualną – zaprezentowaną komicznie, ale nie prześmiewczo. Kolejny antywestern w naszym rankingu, tym razem strzelający farsą w przykurzone heroizmem mity Dzikiego Zachodu.
32. Zdarzenie w Ox-Bow (1943, „The Ox-Bow Incident”, reż. William A. Wellman)
Już na pierwszy rzut oka „Zdarzenie w Ox-Bow” to western bardzo niezwyczajny. Nie ma tu seryjnych strzelanin, szaleńczych pościgów i pojedynków rewolwerowców na tle dobra i zła. Nawet jeśli na koniec dwójka kowbojów odjeżdża przy zachodzie słońca to tylko po to by porzucić jak najdalej za sobą gorzki finał całej opowieści. Treść filmu również ucieka od schematów, bo jej solą nie jest starcie mocnych charakterów czy samotna walka w imię sprawiedliwości, lecz wątek społeczny. Fabularna oś „Zdarzenia w Ox-Bow” zaczyna swój bieg gdy grupa mieszkańców małej mieściny w Nevadzie rusza w pościg za zabójcami lokalnego ranczera. Natykając się na podejrzanych, żądni własnej sprawiedliwości chcą dokonać błyskawicznego publicznego linczu. Tak radykalna postawa sprawia, że sympatie widzów jak i wśród członków pościgu zaczynają być podzielone. Jednakże „Zdarzenie w Ox-Bow” każe wartościować nie tylko przekonanie o winie oskarżonych. Esencją filmu jest bowiem manifest idei równości wobec prawa i domniemania niewinności niezależnie od żądzy zemsty i społecznego nacisku większości.
31. Garść dynamitu (1971, „Giù la testa”, reż. Sergio Leone)
Piąty – po „Trylogii dolara” (1964-1966) oraz „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” (1968) – spaghetti western Sergia Leone. I zarazem kolejne jego spotkanie z legendami kina hollywoodzkiego. Po Clincie Eastwoodzie, którego w zasadzie wypromował, Lee Van Cleefie, Elim Wallachu, Charlesie Bronsonie i Henrym Fondzie, teraz przyszła kolej na Roda Steigera i Jamesa Coburna. Podobnie jak w przypadku „Mułów siostry Sary”, akcja „Garści dynamitu” rozgrywa się w Meksyku podczas wojny – tym razem jest to jednak wojna domowa, do której doszło w drugiej dekadzie XX wieku. Ta sama, która na bohaterów narodowych wykreowała chłopskich przywódców Pancha Villę i Emiliana Zapatę. Jak to często w tak niespokojnych czasach bywa, kraj pustoszony jest przez bandy rzezimieszków starających się uszczknąć coś dla siebie. Na czele jednej z nich stoi Juan Miranda (Steiger), za którym bez wahania idą wierni synowie. W czasie kolejnego napadu na dyliżans los styka go z Irlandczykiem Johnem Mallorym (Coburn) – bojownikiem Irlandzkiej Armii Republikańskiej, który musiał nawiać z Zielonej Wyspy, aby nie wylądować w brytyjskim więzieniu. Mallory jest specjalistą od materiałów wybuchowych i właśnie z tego powodu Miranda proponuje mu spółkę. Gdy ten wreszcie ulega i razem napadają na bank, okazuje się, że w jego podziemiach, zamiast spodziewanego złota, znajdują uwięzionych rewolucjonistów. Juan, wbrew sobie, staje się prawdziwym bohaterem ludowym, co ściąga na jego głowę zemstę wojskowych. Leone opowiedział tę historię w sposób bardzo dla siebie typowy – niespiesznie, z dbałością o szczegóły, nie bez charakteryzującego większość włoskich westernów humoru (ten zaś bierze się głównie ze skonfrontowania dwóch skrajnych postaw: chciwego i prostego jak cep chłopa Mirandy z idealistycznym i inteligentnym Mallorym). Reżyser nie zapomniał też o widowiskowych scenach walk, dzięki którym „Garść dynamitu” do dzisiaj ogląda się z niekłamaną przyjemnością.
30. Tajemnica Brokeback Mountain (2005, „Brokeback Mountain”, reż. Ang Lee)
Tego, czego nie stratował antywestern, rozdeptał Ang Lee, narażając tym samym Stany Zjednoczone na serię plag i gniew Boży, jeśli weźmiemy pod uwagę zabiegi retoryczne części amerykańskich teleduchownych. O ile dla konserwatywnego amerykańskiego widza do przełknięcia były niepozbawione brutalności obrazki, kiedyś idyllicznego, Dzikiego Zachodu i zbryzganie mitu kowboja, to tym razem tajwański reżyser otarł się niemalże o bluźnierstwo. W końcu widok całujących się mężczyzn, kowbojów – symbolu wszelkich cnót Ameryki, na dodatek wychowanych w rodzinach ortodoksyjnych odłamów chrześcijaństwa i pochodzących z amerykańskiego zagłębia konserwatyzmu, musiał rozwścieczyć sporą część widzów. Jednak gdyby chodziło tylko o tanią prowokację, sam film popadłby w zapomnienie. Ale właśnie poprzez homoseksualizm bohaterów tajwański reżyser ukazał całą głębię miłości (w sensie ponadorientacyjnym) z jej budującymi i destruktywnymi odcieniami, które nie byłoby możliwe w przypadku pary damsko-męskiej z banalnego powodu – takich historii widzieliśmy już całe mnóstwo. Czy było to pójście na łatwiznę? Nie wydaje się. Dojrzałość realizacyjna, doskonale poprowadzeni aktorzy (młoda czwórka u progu wielkiej kariery: Michelle Williams, Anne Hathaway, Jake Gyllenhaal, Heth Ledger) i przejmująca muzyka Gustava Santaolalli tworzą dzieło sztuki o człowieku i dla człowieka, a nie w służbie żadnej z ideologii.
29. 15:10 do Yumy (1957, „3:10 to Yuma”, reż. Delmer Daves)
Pokojowo nastawiony ranczer Dan Evans (Van Heflin) zgadza się eskortować niebezpiecznego przestępcę Bena Wade’a (Glenn Ford) do Contention City, na tytułowy pociąg do Yumy. 200$ zarobione przy tej okazji ma pozwolić mu na uniknięcie skutków suszy dziesiątkującej jego bydło. Połowa filmu rozgrywa się w samym Contention, gdzie między Evansem a Wadem wywiązuje się prawdziwa walka charakterów. Przestępca stara się skłonić ranczera, by ten dał za wygraną, ale Evans nie daje się zwieść wygadanemu więźniowi, nawet wtedy, gdy jego banda przybywa do miasta, a on sam pozostaje ostatnim sprawiedliwym stojącym między Wadem a tytułowym pociągiem. Ostatecznie nawet Wade, wobec niewzruszonej postawy swojego przeciwnika, nabiera do niego szacunku, a więź, która się między nimi nawiązuje prowadzi do trzymającego w napięciu finału i spodziewanego happy endu. Zwycięstwo Evansa jest również symboliczne, a deszcz, który oznacza koniec suszy, staje się potwierdzeniem tego, że podjął on słuszną decyzję wyruszając na tę wyprawę. Film rozpoczyna się znakomitą piosenką w wykonaniu Frankie Laine’a, która znakomicie wprowadza widza w klimat „15:10 to Yuma”. Ten motyw muzyczny przewija się przez cały film, zwykle nonszalancko pogwizdywany przez Wade’a.
Miłosz Cybowski
28. Meek’s Cutoff (2010, reż. Kelly Reichardt)
„Meek’s Cutoff” opowiada prostolinijną historię o karawanie pionierów przemierzających Oregon, zdanych na łaskę ich podejrzanego przewodnika. Film Kelly Reichardt to jednak dzieło dość szczególne – minimalistyczne, surowe, kontemplacyjne – bardziej przypomina dokonania amerykańskiego kina niezależnego, z którego wywodzi się reżyserka, niż western, chociaż fabuła i ikonografia jednoznacznie wskazują na przynależność do tego gatunku. Wyróżnia go również to, że został nakręcony w tradycyjnym formacie akademii z 1932 roku (proporcje 1,37:1), tak jak wiele klasycznych westernów, zanim w latach 50-tych na dobre pojawił się obraz panoramiczny. Przyzwyczajenie do szerokiego ekranu sprawia, że bohaterowie wydają się uwięzieni w małym prostokącie, wyizolowani, pomimo pozornej nieskończoności prerii. Reichardt najczęściej filmuje karawanę ze znacznej odległości, podkreślając ich nieistotność na tle monumentalnej przestrzeni. Reżyserka wykorzystuje także bardzo powolne przenikanie obrazów, tworząc w ten sposób niesamowite kompozycje, jak ujęcie jeźdźca, który zdaje się poruszać po powierzchni chmury. Kiedy zbliżamy się nieco do bohaterów, kluczowe akcenty się przesuwają: charyzmatyczny przewodnik ujawnia swoją niekompetencję; Emily, grana przez Michelle Williams, okazuje się najsilniejszą, najbardziej zdecydowaną postacią pośród nieporadnych mężczyzn; z kolei pojmany przez grupę Indianin jest kompletną zagadką, Innym przez duże „I”. Z jednej strony Kelly Reichardt wyciąga absolutną esencję z westernu o pionierach. Z drugiej – robi coś na wskroś autorskiego i wieloznacznego.
...
piastwygra321