Salva tore R Powrot zabójcy smoka.doc

(1740 KB) Pobierz
Powrót Zabójscy Smoka

R. A. Salvatore

(Robert Anthony Salvatore)

Powrót Zabójcy Smoka

Cykl: Opowieść Włócznika Tom 3

 

 

Tłumaczenie: Piotr Kucharski

Fragmenty Kupca weneckiego Williama Szekspira w przekładzie Stanisława Barańczaka

Tytuł oryginalny: Dragonslayer's return

Wydanie oryginalne 1995

Wydanie polskie 2001

 

 

Spis treści:

Preludium.              2

Rozdział 1. Zawalające się mosty.              4

Rozdział 2. Mów to głośno i często.              7

Rozdział 3. Poczucie historii.              12

Rozdział 4. Bohater.              17

Rozdział 5. Wołanie na wietrze.              23

Rozdział 6. Wyspa Skye.              26

Rozdział 7. W ogień!              31

Rozdział 8. Przysięga na sir Cedrica.              37

Rozdział 9. Najstarsza sztuczka w książce.              42

Rozdział 10. Wiedźma na chwilę.              48

Rozdział 11. Każda najmniejsza możliwość.              53

Rozdział 12. Jak ciepły deszcz z nieba.              60

Rozdział 13. Warte tysiąca słów.              64

Rozdział 14. Jaka jest cena zwycięstwa?              68

Rozdział 15. Zbyt gorące, by utrzymać.              72

Rozdział 16. Elastyczność.              78

Rozdział 17. Szkoła Projektowania ACME.              81

Rozdział 18. Furia.              85

Rozdział 19. Promień słońca pośród chmur.              90

Rozdział 20. Gdy król przybywa nawołując.              93

Rozdział 21. Na wprost.              101

Rozdział 22. Atak.              107

Rozdział 23. Warunki kapitulacji.              111

Rozdział 24. W serce mroku.              116

Rozdział 25. Pochodnia zostaje przekazana.              120

Epilog.              123

 

Dla Susan Allison,

mojej przyjaciółki i wydawcy w jednej osobie, z wszelkimi podziękowaniami za to, że pozwoliła mi napisać tę opowieść, tak mi drogą, i mając nadzieję, iż jeszcze kiedyś będziemy razem pracować.

 

 

 

Preludium.

 

 

Październikowy wiatr dął mocno, rozrzucając żółte, brunatne oraz czerwone liście, niosąc je w szalejącym wirze i smagając nimi samotnego mężczyznę, stojącego na szczycie wzgórza, w pobliżu drogi oraz nabijanego kolcami, zielonego ogrodzenia, stanowiącego granicę cmentarza. Tuż za tym ogrodzeniem samochody śmigały ulicą Lancaster, rozgardiasz żyjących był tak blisko cichego cmentarza. W powietrzu tańczyły białe płatki z wczesnych w tym roku opadów śniegu, ale tylko nieliczne docierały do ziemi, niesione dmącym bez przerwy wichrem.

Gary Leger, trzymający spuszczoną głowę, niewiele zauważał z tego wszystkiego, ze śniegu, wiatru czy samochodów. Jego czarne włosy, dłuższe niż zwykle z powodu nie poświęcania im dostatecznej uwagi, omiatały mu zawziętą twarz, jednak tego również nie dostrzegał. Gary czul ten dzień, tę klasyczną, angielską, jesienną melancholię, jednak gubił szczegóły, gubił je w obliczu przytłaczającej potęgi prostych słów wyrytych na płaskim, białym kamieniu, ustawionym na ziemi.

 

szer. Anthony Leger

ur. 23 XII 1919, zm. 6 VI 1992

weteran II wojny światowej

 

To było właśnie to. To było wszystko. Tata Gary'ego spędził na ziemi siedemdziesiąt dwa lata, pięć miesięcy oraz piętnaście dni i to było właśnie to.

To było wszystko.

Gary świadomie starał się. przywoływać wspomnienia o tym człowieku. Pamiętał gry w cribbage, pamiętał wielką zawieruchę z 1978, kiedy to jego tata, uparty listonosz, wyszedł z domu o piątej rano, próbując odkopać swój samochód na podjeździe.

Gary parsknął smutnym chichotem na to wspomnienie. Prognoza pogody zapowiadała kilkanaście centymetrów, a Gary obudził się z nadzieją, że szkoła zostanie zamknięta. Taa, racja. Gary wyjrzał przez rolety i ujrzał, że rzeczywiście padało. Ów lutowy poranek piętnaście lat temu nie zapowiadał się jednak najlepiej, a kiedy Gary spojrzał w dół na podjazd pod swoim oknem, starając się odgadnąć, jak wiele. śniegu spadło, wszystkim co ujrzał, był czarny okrąg o średnicy kilkunastu centymetrów. Uznał, że to podjazd i że jego samochód, drogocenny Cougar z 1969 z silnikiem 302 Boss i alufelgami, został skradziony.

Gary zbiegł po schodach w samej bieliźnie, wrzeszcząc raz za razem „Mój samochód!".

Samochód wciąż tam był, jak odkrył szybko zawstydzony młodzieniec, stojąc praktycznie nago przed swą matką i starszą siostrą. Widziana przez niego czarna plama nie była podjazdem, lecz winylowym dachem jego samochodu!

Był tam również jego ojciec, uparty tata, na końcu podjazdu, wdzierający się z szuflą w sięgającą mu powyżej ramion zaspę, starając się odkopać samochód, by móc udać się do pracy. Nieważne, że miejskie pługi śnieżne nie były w stanie wspiąć się na leżącą na wzgórzu ulicę Florence, nieważne, że zaspa ciągnęła się dalej ulicą, i dalej główną drogą.

Gary widział to wszystko tak wyraźnie, widział cmentarz po drugiej stronie ulicy i za podwórkiem sąsiada. Nawet w tych wspomnieniach Gary widział rzeźbę górującą nad rodzinnym grobowcem jego ojca, dziewicę z ramionami uniesionymi ku szaremu niebu.

Zupełnie jak teraz. Zupełnie jak zawsze. Tablica oznaczająca grób jego ojca znajdowała się kilka kroków za tą właśnie rzeźbą, a oczy Gary'ego powędrowały ku plecom dziewicy, podążyły wzdłuż jej konturów i uniesionych rąk w stronę nieba, pełnego ciemnych i białych chmur, pędzących z zachodnim wiatrem. Chichot Gary'ego zniknął, zastąpiony pojedynczą łzą która pojawiła się w jego zielonym oku i spłynęła powoli po policzku.

Diane, opierająca się o samochód siedem metrów dalej, dostrzegła lśnienie tej łzy i w milczeniu przygryzła wargę. Jej oczy, zielone jak u Gary'ego, zwilgotniały. Była bezradna. Całkowicie bezradna. Anthony odszedł przed czterema miesiącami i Diane obserwowała, jak w tym krótkim czasie. jej mąż starzeje się bardziej niż w przeciągu siedmiu lat, które wspólnie spędzili.

Tak było jednak ze śmiercią, towarzyszyła jej bezradność. Zaś to, czego Diane doświadczała, spoglądając na dotkniętego Gary'ego, Gary odczuwał po dziesięciokroć mocniej, patrząc na te proste słowa na kamieniu, na smaganym wichrem cmentarzu.

Gary zawsze był marzycielem. Jeśli jakiś osiłek tarmosił go w szkole, fantazjował, że jest mistrzem sztuk walki i w myślach trzepał tamtemu skórę. Niezależnie od tego, jakie karty rozdał mu rzeczywisty świat, mógł je zmienić dzięki wyobraźni. Do teraz, kiedy to patrzył na trawę porastającą grób jego ojca.

W tej rzeczywistości nie było marzeń o zwycięskim bohaterze.

Gary wziął głęboki oddech i spojrzał znów na nagrobek. Nie przychodził często na cmentarz, nie widział w tym sensu. Pamięć swojego ojca nosił przy sobie w każdej minucie każdego dnia, był to jego hołd dla mężczyzny, którego tak kochał.

Do szóstego czerwca wszystko się układało dobrze dla Gary'ego Legera. On i Diane byli małżeństwem od niemal dwóch lat i zaczęli mówić o dzieciach. Obydwoje budowali kariery, podążając ścieżkami uznanymi przez społeczeństwo za słuszne. Krótko po ślubie mieszkali wraz z rodzicami Gary'ego, oszczędzając na mieszkanie., i byli samodzielni zaledwie od kilku miesięcy.

A wtedy umarł Anthony.

Nadszedł na niego czas. Jest to odpowiedni frazes, najlepiej oddający, o co chodzi. Anthony zawsze był bardzo odpowiedzialny. Wkopywał się w górującą nad nim zaspę, ponieważ robiąc to, wykonywał postęp w kierunku wypełniania swych obowiązków. Takie były zasady Anthony'ego. Tak więc kiedy Gary, pupil rodziny, najmłodszy z siedmiorga, wyprowadził się z domu, obowiązki Anthony'ego dobiegły końca. Jego dzieci usamodzielniły się, córki i synowie rozpoczęli własne życie. Naszedł czas, aby Anthony usiadł i zrelaksował się, spędzał czas na cichej emeryturze.

Anthony nie wiedział, jak to robić.

Tak więc nadszedł czas Anthony'ego. Choć Gary nie czuł żadnej winy rodzaju „żałuję, że nie powiedziałem mu tego, kiedy żył", bowiem jego związki z tatą były naprawdę wspaniałe, nie mógł przestać myśleć, że gdyby został w domu, Anthony pozostałby za coś odpowiedzialny, pozostałby przy życiu.

Gary czuł ów ciężar tego mroźnego i wietrznego, jesiennego dnia. Co więcej jednak, czuł czysty i nieskalany żal. Tęsknił za ojcem, tęsknił za pokonywaniem go przy trzeciej bazie, za obserwowaniem go jak był trenerem drużyny softballa, jak oglądał telewizję, jak mógł wysłuchiwać jego marudzenia na temat zawsze nieciekawych codziennych wiadomości.

Gdy zaczęło kończyć się to lato, Diane znów zaczęła mówić o dzieciach, jednak jej słowa wydawały się Gary'emu Legerowi całkowicie puste. Nie był jeszcze przygotowany na tę perspektywę, na posiadanie dzieci, których nigdy nie zobaczy jego tata.

Cały świat był dla niego czarny.

Cały świat, poza jednym skrawkiem nadziei, jednym wspomnieniem, które nie mogło być przytępione przez żadną tragedię.

Kiedy groziło mu, że pochłonie go żal, przytłoczy go i rzuci bez ochoty na cokolwiek na zasłaną liśćmi ziemię, Gary Leger kierował swe myśli ku mistycznej Faerie, krainie leprechaunów, elfów, smoka, którego zabił, oraz złej wiedźmy, która wkrótce się uwolni - albo może już była wolna, naginając niezależny lud tej ziemi pod swe stanowcze panowanie.

Gary był tam dwukrotnie, za pierwszym razem oczywiście nieoczekiwanie, za drugim zaś po pięciu latach pragnień, by tam powrócić. Pięć lat w tym świecie oznaczało zaledwie kilka tygodni w Faerie, bowiem czas pomiędzy krainami nie płynął w tym samym tempie.

Przez ulotną chwilę Gary rozmyślał o powróceniu w jakiś sposób do Faerie i wykorzystaniu rozbieżności czasowych, by wrócić do żyjącego Anthony'ego. Gdyby istniała jakaś metoda, aby mógł powrócić tej nocy, kiedy zatrzymało się serce Anthony'ego, aby mógł znajdować się przy swoim ojcu, aby mógł wezwać pogotowie...

Gary odrzucił jednak ten szalony plan, zanim zdołał się on całkowicie sformułować, rozumiał bowiem, że rozbieżności czasowe nie pozwalały na jakiekolwiek cofanie się w czasie. Anthony odszedł i Gary nie był w stanie nic z tym zrobić.

Mimo to młody mężczyzna wciąż chciał wrócić do Faerie. Chciał wrócić do leprechauna Mickeya McMickeya oraz elfa Kelseya i Geno Hammerthrowera, grubiańskiego Geno, krasnoluda, który zawsze wydawał się mieć na podorędziu świeżą ślinę. Podczas czterech lat, które minęły od ostatniej przygody, Gary wielokrotnie pragnął tam wrócić, a pragnienie to jeszcze bardziej się wzmocniło, gdy ujrzał swego ojca leżącego na szpitalnych noszach, odkąd zdał sobie sprawę, że nie mógł nic zrobić.

Gary zdał sobie w pełni sprawę, że być może jego pragnienie powrotu było po prostu pragnieniem ucieczki.

Może Gary'ego to nie obchodziło.

 

 

Rozdział 1. Zawalające się mosty.

 

 

Trzech niezwykłych towarzyszy - leprechaun, elf i krasnolud - przykucnęło za spowitym winoroślą ogrodzeniem, obserwując gromadzące się na południu szeregi żołnierzy. W polu znajdowało się według ich szacunków pięć tysięcy żołnierzy, a każdego dnia przybywała nowa setka. Była tam piechota i kawaleria, wszyscy w hełmach oraz z tarczami i błyszczącą bronią.

- Kinnemore ma zamiar znów wymaszerować - powiedział Mickey McMickey, leprechaun, kręcąc z roztargnieniem swym szerokim beretem na jednym palcu. Mierzący zaledwie sześćdziesiąt centymetrów Mickey w ogóle nie musiał kucać za krzakami, a mając w ręku (bądź w kieszeni) swój magiczny garniec ze złotem, przebiegły skrzat nie przejmował się zbytnio niezdarnym pościgiem, jaki mogli skierować w jego stronę ludzcy żołnierze.

- Z pewnością to wszystko robi się męczące - narzekał Mickey. Sięgnął do swego płaszcza, szarego niczym jego łobuzerskie oczy, i wyciągnął fajkę o długim cybuchu, która zapaliła się magicznie, gdy kierował ją do oczekujących ust. Wykorzystał koniec fajki, by przeczesać potarganą brązową brodę, bowiem od ponad trzech tygodni nie miał czasu, by ją przyciąć.

- Głupi Gary Leger - stwierdził krzepki i opryskliwy Geno Hammerthrower, kopiąc krzak - i niechcący łamiąc jedną z poprzeczek ogrodzenia. Krasnolud był najlepszym kowalem w całej krainie, a dzięki owemu faktowi znalazł się niegdyś w tej wydawać by się mogło nie kończącej się przygodzie. Towarzyszył drużynie elfa Kelseya do legowiska smoka, by przekuć pradawną włócznię Cedrica Donigartena, jednak tylko dlatego, że Kelsey go schwytał, a w Faerie zasady pojmania nie dawały się nagiąć. Pomimo owych zasad oraz ewentualnej utraty reputacji, Geno nie poszedłby wcale, gdyby znał konsekwencje wyprawy elfa, od uwolnienia smoka do rozpoczęcia kolejnej wojny. - Głupi Gary Leger - mruknął znów krasnolud. - Musiał iść i wypuścić wiedźmę z jej nory.

- Ceridwen nie jest jeszcze wolna - sprostował Kelsey, najwyższy z grupy, niemal tak wysoki jak człowiek. Geno musiał się skrzywić, spoglądając na przykucniętego elfa, bowiem oślepiało go poranne słońce, odbijające się od lśniących i długich, złotych włosów Kelseya. Oczy elfa również jaśniały złotem, były niczym kropki słonecznego światła w niezaprzeczalnie przystojnej twarzy o ostrych rysach.

- Ale wkrótce będzie wolna - spierał się Geno, zbyt głośno, jak zdał sobie sprawę, gdy obydwaj towarzysze skierowali na niego nerwowe oczy. - A poza tym wprowadza wydarzenia w ruch. Ceridwen będzie mieć Dilnamarrę, a najprawdopodobniej również Braemar i Drochit, w swojej łapie, zanim jeszcze opuści tę głupią wyspę!

Kelsey zaczął odpowiadać, przerwał jednak i skierował na krasnoluda długie, stanowcze spojrzenie. W przeciwieństwie do większości pozostałych członków swej górskiej rasy, Geno nie nosił brody, a dzięki brakującemu zębowi oraz niezwykle jasnym, niebieskim oczom, uśmiechając się krasnolud przypominał łobuzerskiego młodzieniaszka - aczkolwiek dość umięśnionego! Kelsey zamierzał stwierdzić coś stanowczo o tym, jak to będą walczyć wspólnie i zapędzą armię Kinnemore'a, marionetkowego króla Ceridwen, z powrotem do Connachtu, nie potrafił jednak znaleźć słów. Wiedział, iż Geno ma najprawdopodobniej rację. Zabili smoka Roberta, zło równoważące Ceridwen, i teraz, gdy Robert został usunięty z drogi, wiedźma nie będzie potrzebowała zbyt wiele czasu, by wciągnąć Faerie pod swój mrok.

A przynajmniej wszystkich ludzi z Faerie. Kelsey zacisnął zęby, kiedy pomyślał o Tir na n'Og, swym leśnym domu. Ceridwen nie podbije Tir na n'Og!

Nie wedrze się też najprawdopodobniej do wielkich gór Dvergamal, do krzepkiego ludu Geno. Krasnoludzki Lud Kamieni był w górach czymś więcej niż tylko osadnikami. Był częścią Dvergamal, żyjącym w idealnej harmonii z łańcuchem wierchów, które odpowiadały na wezwanie krasnoludów. Jeśli armia Ceridwen wejdzie w góry, straty z pewnością będą zwalające z nóg.

Tak więc Faerie będzie takie, jakie niegdyś było, doszedł do przekonania Kelsey. Wszyscy ludzie poddadzą się ciemności, podczas gdy krasnoludy i elfy, Lud Kamieni z Dvergamal oraz Tylwyth Teg z Tir na n'Og, będą walczyć z zawziętym i nieugiętym uporem. Po uświadomieniu sobie w ciszy perspektyw nadchodzącej przyszłości, elf złagodził wyraz twarzy, wpatrując się w stronę Geno. Będą sprzymierzeńcami, czy podoba im się to, czy nie (a Kelsey wiedział, że ani krasnoludom, ani elfom nie będzie się to zbytnio podobało).

Na odległym polu zadął róg, odwracając trzech towarzyszy z powrotem na południe. Oddział jeźdźców, w pełni opancerzonych rycerzy, wpadł na pole na zakutych w zbroje koniach, prowadzony przez wysmukłego mężczyznę w znoszonym, szarym płaszczu.

- Książę Geldion - stwierdził kwaśno Mickey. - Teraz nie mam wątpliwości. Zbyt szybko wyruszą do Dilnamarry, może jeszcze tego dnia. Powinniśmy więc iść - powiedział do Kelseya. - Żeby ostrzec grubego barona Pwylla, aby mógł się przynajmniej przygotować do odpowiedniego powitania swych gości.

Kelsey przytaknął ponuro. Do nich należała odpowiedzialność za ostrzeżenie barona Pwylla, niezależnie od tego, co dobrego mogło to dać. Pwyll nie byłby w stanie wystawić sił dorównujących jednej dziesiątej armii Connachtu, która zresztą była idealnie wyćwiczona oraz wyekwipowana. Według wszelkich zasad militarnej logiki siły Connachtu z łatwością zajęłyby Dilnamarrę, najprawdopodobniej w przeciągu kilku godzin. Na korzyść sprzymierzeńców Kelseya przemawiała wszakże jedna rzecz, kłamstwo powstałe w poszarpanych górach Dvergamal. Po pokonaniu smoka Gary Leger wrócił do swego świata, tak więc towarzysze przypisali zabójstwo baronowi Pwyllowi. Była to wykalkulowana i zamierzona nieprawda, mająca na celu wzmocnić status Pwylla jako przywódcy ruchu oporu przeciwko Connachtowi.

Najwyraźniej kłamstwo podziałało, bowiem ludzie z Dilnamarry zgromadzili się wokół swego bohaterskiego barona, obiecując mu lojalność aż do śmierci. Armia Connachtu była większa, lepiej wytrenowana i lepiej uzbrojona, jednak żołnierze króla nie walczyli z takim sercem i zaciekłością jak poddani barona Pwylla, nie byli szczerze przekonani, że ich stanowisko jest sprawiedliwe. Mimo to Kelsey wiedział, że Dilnamarra nie mogła zwyciężyć. Elf miał jedynie nadzieję, iż na tyle osłabi armię Connachtu, że elfy z Tir na n'Og będą mogły utrzymać front na swych cennych, leśnych granicach.

- A co z tobą? - Kelsey spytał Geno, bowiem krasnolud powiedział wyraźnie, iż odejdzie, zaraz gdy zakończy się misja zwiadowcza.

- Wrócę z wami aż do wschodniej drogi, po czym wyruszę do Braemar - odrzekł Geno, mając na myśli sporej wielkości miasteczko na północny wschód, w cieniu potężnych Dvergamal. - Czeka tam na mnie Gerbil oraz paru jego gnomich pobratymców. Powiemy ludowi z Braemar, co się dzieje, i pójdziemy do Drochit, po czym udamy się w góry, ja do moich krewniaków przy Ujściu Kamieni, a Gerbil do swoich w Gondabuggan.

- I cała kraina będzie wiedziała, że Ceridwen nadchodzi - wtrącił Kelsey.

- Oby przyniosło to tej krainie coś dobrego - dodał sucho Mickey.

- Głupi Gary Leger - powiedział Geno.

- Naprawdę go obwiniasz? - musiał zapytać Mickey. Geno zawsze pozostawał opryskliwy (naprawdę nie można by oczekiwać czegoś innego po krasnoludzie), jednak podczas dwóch ostatnich przygód wydawało się leprechaunowi, że krasnolud polubił Gary'ego Legera.

Geno rozmyślał nad tym pytaniem przez chwilę, po czym odpowiedział prosto - On ją wypuścił.

- Zrobił to, co uważał za najlepsze - wtrącił stanowczo Kelsey, stając w obronie Gary'ego. - Smok latał swobodnie, jeśli pamiętasz, tak więc Gary uznał, że najlepiej będzie skrócić wygnanie Ceridwen, wygnanie, które Gary Leger sam na nią nałożył, pokonując ją - dodał celowo, spoglądając ostro w stronę Geno. - Nie będę go ganić za jego decyzję.

Geno przytaknął i wyglądało na to, że jego gniew się topi. - I to Gary Leger zabił smoka - przyznał krasnolud. - Tak było najlepiej dla krainy.

Kelsey przytaknął i kwestia wyglądała na rozwiązaną. Czy to było jednak najlepsze dla krainy? - zastanawiał się w ciszy elf. Kelsey z pewnością nie obwiniał Gary'ego za toczące się wydarzenia, czy jednak rezultaty decyzji Gary'ego rzeczywiście były najlepsze?

Kelsey spojrzał znów na pole oraz wzbierające szeregi potężnej dłoni Ceridwen, złej dłoni ukrytej pod płaszczykiem prawowitego króla Faerie. Czy lepiej byłoby walczyć śmiało z oczywistą niegodziwością smoka Roberta, czy przegrać z podstępnymi zakusami paskudnej wiedźmy?

Zważywszy na ponure wizje najbliższej przyszłości Faerie, pytanie wydawało się dyskusyjne.

 

* * *

 

Pierwsze kroki wchodzącego w ulicę Florence Gary'ego były niepewne, odzwierciedlały bardzo rzeczywiste obawy. Dorastał tu, a spoglądając przez ramię, widział krzaki na froncie domu swojej matki (teraz tylko matki), zaledwie około stu metrów i kilka małych parceli dalej.

Obramowany chodnikiem fragment Florence był teraz dłuższy. Na końcu drogi doszedł kolejny dom, wdzierając się w cenny dla Gary'ego las. Wziął głęboki oddech i odwrócił wzrok od najnowszego intruza, po czym uparcie ruszył dalej piaszczystą ścieżką.

Tuż za nowym domem Gary skręcił w lewo, idąc następną ścieżką, która wkrótce stanie się wąską i zarośniętą dróżką. Na jego drodze wyrósł płot, a niewidoczne psy zaczęły szczekać.

Coś wysoko w drzewach, wiewiórka, przeskakiwało wzdłuż jego nerwowych kroków, i owo samotne stworzenie wydało się Gary'emu ostatnią pozostałością tego, co niegdyś tu było i czego już nigdy nie będzie.

Chwycił mocno za nie poddającą się naciskowi siatkę ogrodzenia. Trzymał, dopóki nie zaczęły go boleć palce. Zastanawiał się, czy nie przejść na drugą stronę, jednak te psy wydawały się dość bliskie. Perspektywa zostania schwytanym po złej stronie prawie dwumetrowego ogrodzenia ze wściekłymi psami następującymi mu na pięty nie była zbyt przyjemna, potrząsnął więc ostatni raz siatką i odszedł do głównej ścieżki, skręcając w lewo i zagłębiając się bardziej w las.

Zaledwie dwadzieścia kroków dalej Gary znów się zatrzymał, spoglądając pustym wzrokiem w otwarte pole po prawej stronie, za siatkowym ogrodzeniem cmentarza.

Otwarte pole!

Ogrodzenie było tu na długo przed Garym, jednak teren wewnątrz, te najdalsze rubieże. cmentarza, były gęsto zalesione piniami i klonami oraz pełne krzaków tak wysokich jak dziesięciolatek. Teraz było to tylko pole, wielkie pole, pokrywające się szybko nagrobkami. Wydawało się Gary'emu obcym miejscem. Sporo czasu zajęło mu określenia dawnych granic oczyszczonego terenu. Dostrzegł w końcu miejsce, w którym wraz z przyjaciółmi grywał w piłkę nożną i baseball, płaski, prostokątny obszar, niegdyś wolny od grobów i otoczony drzewami.

Teraz był otoczony wąskimi ścieżkami i otwartymi polami, a rzędy kamiennych nagrobków stały ponuro i cicho w jego uświęconych granicach. Gary widział oczywiście tę zmianę z drugiego końca cmentarza, położonego wyżej, w pobliżu drogi, gdzie znajdowały się starsze rodzinne groby.

Gdzie był grób jego ojca.

Widział, jak cmentarz się rozrósł, ale z dalszej perspektywy nie zdawał sobie sprawy z prawdziwego stopnia powiększenia. Teraz Gary zrozumiał, co zostało utracone na rzecz umarłych. Spojrzał na boisko ze swojej młodości i ujrzał nagrobek swojej przyszłości.

Oddychając ciężko, Gary wszedł głębiej w las i wkrótce mógł już dostrzec tył sklepu z częściami samochodowymi na ulicy biegnącej wzdłuż wschodniej granicy drzew. Dość zaskoczony Gary spojrzał z powrotem na zachód, w kierunku ulicy Florence. Widział pokryty dachówką dach nowego domu! I widział sklep z częściami samochodowymi! Po przeciwległej stronie otwartego cmentarza, za cichymi grobami, widział dachy samochodów jadących główną drogą.

Gdzie zniknęło jego drogocenne. leśne zacisze? Gdzie były gęste i ciemne drzewa postrzegane z jego okien, gdy był dzieckiem? Pamiętał, kiedy pierwszy raz przeszedł cały ten las, od ulicy Florence do sklepu samochodowego. Jakże był wtedy dumny, że odważył się na taką wyprawę w dzicz!

Teraz jednak było inaczej. Gdyby on i Diane mieli dzieci, Gary nie trudziłby się zabieraniem ich tutaj.

Znów skręcił w lewo, wchodząc w nie wycięty las, zdecydowany oddalić się od tej otwartości, zdecydowany pozostawić za sobą wszystkie oznaki cywilizowanego świata. Na wzgórzu znów natknął się na to uparte siatkowe ogrodzenie, jednak tym razem nie szczekały żadne psy.

Gary przeszedł przez płot i dalej przez krzaki, powarkując butnie, gotowy uderzyć każdego psa, który będzie chciał go zatrzymać. Był na tyłach prowadzonej przez władze stanowe pływalni, kolejnego niechcianego wtargnięcia w las, jednak przynajmniej ta część okolicy nie została wycięta. Kawałek dalej Gary natrafił na kępę jagód i odetchnął ze szczerą ulgą widząc, że to magiczne miejsce wciąż istnieje, choć wskutek tego, że listowie zostało przerzedzone przez porę roku, widział kolejny nowy dom na zachodzie, na końcu ulicy biegnącej prostopadle do Florence. Ta droga również została przedłużona, ...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin